Trzy tygodnie w Malezji – plan wyprawy

Print Friendly, PDF & Email

Poniżej plan mojej wyprawy do Malezji. Już zrealizowanej… z sukcesem. Zachęcam do wdrożenia w życie, jak i własnych wariacji na temat. 

W nawiasie podaję dzień tygodnia, w którym odwiedziłam dane miejsce. Może to mieć znaczenie przy kwestii otwartości niektórych obiektów. Oraz datę – tu z powodu świąt.

Wpis ma charakter praktyczny i ma na celu prezentację trwającej 3 tygodnie wycieczki. Zdawkowe opisy odwiedzanych miejsc zostaną rozwinięte w osobnych postach, szczegółowo traktujących o poszczególnych etapach wycieczki.

Spis treści:

Dzień 1. (07.09.2016, środa) – 22:50 wyjazd Polskiego Busa do Budapesztu

Dzień 2. (08.09.2016, czwartek) – 05:50 przyjazd do Budapesztu, zwiedzanie miasta, 19:10 wylot do DOH (Doha / Katar)

Miałam możliwość pozostawienia bagażu na czas zwiedzania w hostelu u przebywających w Budapeszcie w tym samym czasie znajomych. Nie powinno jednak być kłopotu z zostawieniem dobytku na dworcu.

Dla chcącego nic trudnego i mając wieczorny lot można spokojnie odwiedzić najważniejsze miejsca i „złapać” trochę klimatu miasta.

Dzień 3. (09.09.2016, piątek) – 01:25 przylot do DOH, zwiedzanie miasta, 19:40 wylot do KUL (Kuala Lumpur / Malezja)

Po przylocie nie opuszczamy terenu lotniska, a jedynie lokujemy się w lotniskowym żeńskim Quiet Room. Warunki do spania są w zupełności wystarczające. Trzeba zebrać siły na kolejny dzień podróży. Obecnie wiza do Kataru to wydatek rzędu ok. 25 EUR (100 QAR). Płatność należy uiścić kartą. Można tego dokonać zaraz po przylocie. Aby jednak takiego kosztu nie ponosić, warto zdecydować się na organizowaną przez Qatar Airways oraz Qatar Tourism Authority wycieczkę po mieście. Wówczas można zobaczyć miasto bezkosztowo i komfortowo. 

Warunki noclegowe w żeńskim Quiet Room na katarskim lotnisku są niczego sobie i pozwalają na regenerację przed wycieczką po stolicy

Dzień 4. (10.09.2016, sobota) – 08:25 przylot do Kuala Lumpur, Chinatown i KL Tower

Trwające połowę czasu dedykowanego na wycieczkę po Doha kolejki w Immigration są niczym w porównaniu z tymi w KL. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, szczególnie kiedy przylatuje się w lotniskowych godzinach szczytu.

Przy wjeździe do Malezji (do 90 dni) dla Polaków nie ma konieczności posiadania wizy.

Korzystając ze Star Shuttle (10 RM) udajemy się do Puduraya Terminal (Pudu Sentral) – głównego dworca autobusowego w KL – skąd już kilka kroków dzieli nas od znajdującego się w Chinatown zarezerwowanego uprzednio hotelu.

Po zakwaterowaniu i zmyciu z siebie trudów dotychczasowej podróży, wyruszamy na pierwszy etap zwiedzania stolicy. Mieszkamy na Jalan Petaling – główna ulica Chinatown. Ulicę łatwo rozpoznać po czerwonych lampionach unoszących się nad głowami przechodniów na całej jej długości. Stąd, w odległości możliwej z powodzeniem do pokonania na własnych nogach, znajdują się trzy świątynie:

-Sze Ya

-Guan Di

-Sri Mahamariamman

Odwiedzamy je w prezentowanej powyżej kolejności.

Następnie spacerkiem podchodzimy pod Pasar Seni, skąd darmowym autobusem Go KL udajemy się pod KL Tower (linia fioletowa). Bilety na wieżę mamy kupione już w Polsce – przez internet otrzymuje się 15% rabatu. A warto skorzystać, bowiem cena dla dorosłego obcokrajowca w opcji Sky Deck + Sky Box bez internetowej zniżki wynosi 105 RM (można przyjąć nieznacznie uproszczone MYR (RM) : PLN jako 1 : 1).

Sky Box na KL Tower

Upojone widokiem rozświetlonej panoramy miasta i dreszczykiem emocji towarzyszących wchodzeniu do Sky Box, udajemy się piechotą to kulinarnego centrum KL – na ulicę Jalan Alor. Wracając mijamy imprezową uliczkę Changkat, kosztujemy duriana (a fuuuj!) i wracamy do hotelu.

Dzień 5. (11.09.2016, niedziela) – Masjid Jamek, Merdeka Square, Masjid Negara, Muzeum Sztuki Islamu, KL Bird Park

Zaczynamy od Masjid Jamek. Z naszego hotelu w Chinatown mamy do niego 650 m. Ten najstarszy w mieście meczet mieści się u zbiegu rzek Klang i Gombak. To właśnie od tego miejsca wzięło swoją nazwę miasto. Kuala Lumpur to bowiem w dosłownym tłumaczeniu „Błotniste Ujście”.

Następnie dochodzimy do Merdeka Square (Dataran Merdeka), czyli Placu Niepodległości.

Zwiedzamy City Gallery. Wstęp wynosi 5 RM, ale kwota ta jest następnie do wykorzystania na napoje w tutejszej kawiarence. Najciekawszym obiektem jest makieta miasta wykonana w skali 1 : 1500. Jej oglądaniu towarzyszy multimedialna prezentacja pokazująca dzieje, jak i przyszłość miasta. Podczas prezentacji omawiane obiekty podświetlają się na makiecie. Super widowisko! Koszt inwestycji wyniósł 5 mln RM.

Makieta KL

Po zwiedzeniu Galerii podchodzimy pod maszt (95 m wysokości) z malezyjską flagą umieszczony na Placu. Plac ten uprzednio nazywany był Selangor Club Padang oraz służył Brytyjczykom jako… pole do gry w krykieta. Tu w 1957 roku ogłoszona została niepodległość Malezji.

Oglądamy stojący przy Placu Sultan Abdul Samad – obecnie siedziba Ministerstwa Informacji, Komunikacji i Kultury. Jeden z najbardziej charakterystycznych dla Kuala Lumpur budynków.

Mijamy siedzibę Royal Selangor Club i udajemy się do Cathedral of Saint Mary the Virgin.

Z Merdeka Square udajemy się czerwoną linią Go KL pod Masjid Negara. Oglądamy Meczet Narodowy z zewnątrz. Udajemy się do Muzeum Sztuki Islamu (wstęp 14 RM).

Po zwiedzaniu Muzeum podchodzimy pod Taman Tasik Perdana – Ogrody Botaniczne Perdana. Na tym obszarze znajdują się trzy miejsca, które chcemy odwiedzić – KL Bird Park, KL Deer Part (Park Jeleni) oraz KL Orchid & Hibiscus Garden.

KL Bird Park (wstęp 50 RM) zajmuje nas na tak długo, że pozostałych obiektów tego dnia nie udaje nam się już odwiedzić. Park otwarty jest do godz. 18tej i do tej pory też w nim jesteśmy. Mnogość pięknego ptactwa i zabawy aparatem, aby nim owe ptactwo uwiecznić, cieszą nas niezmiennie i długo.

Monchhichi – moja ulubiona zabawka z czasu dzieciństwa przypomniała mi się natychmiast po wyjściu z KL Bird Parku, gdzie na odwiedzających oczekiwała już cała małpiatkowa rodzina

W planie na ten wieczór były także Petronas Twin Towers i pokaz „tańczących” pod nimi fontann. Pomylenie autobusu i wydłużona podróż powodują, że „przenosimy” tę atrakcję na dzień następny. Jedziemy na tradycyjną już szamę na Jalan Alor.

Dzień 6. (12.09.2016, poniedziałek) – Batu Caves, Little India, KL Deer Park, Petronas Twin Towers

Idziemy na Merdeka Square skąd czerwoną linią Go KL udajemy się na KL Sentral – dworzec kolejowy. Szukając otwartego kantoru dowiadujemy się, że dziś jest święto Hari Raya Haji – muzułmańskie „Święto Ofiary”. Dlatego też niektóre sklepy, instytucje są dziś nieczynne.

Udajemy się KTM do Batu Caves – kompleksu hinduskich świątyń w wapiennych jaskiniach – miejsca obchodów Thaipusam. W KTM, podobnie jak np. w Meksyku, znajdują się wagony przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Nie jest to jednak szczególnie przestrzegane przez panów, efektem czego są notoryczne interwencje ochrony.

W drodze powrotnej wysiadamy na jednej stacji wcześniej – na starym dworcu, skąd bliżej mamy na piechotę do pominiętych wczoraj Parku Jeleni oraz Parku Orchidei. Ten drugi jest niestety zamknięty. Park Jeleni (wstęp za darmo) nie powala nas na kolana. Oprócz dosłownie trzech osobników, widzimy jedynie ukrytego w kącie swojej klatki najmniejszego zwierzaka kopytnego, symbol Malezji (obok Hornbilla – Dzioborożca możliwego do zobaczenia w KL Bird Park) a zarazem bohatera legendy o powstaniu Melaki – pierwszej stolicy Malezji, czyli kanczyla malajskiego. Dla samego jednak sławnego kanczyla warto zajrzeć tu na chwilę.

Wracając podchodzimy jeszcze pod Meczet Narodowy, ale dziś wejście dla turystów nie jest otwarte z powodu Hari Raya Haji.

Wracamy pod stary dworzec by stamtąd czerwoną linią Go KL wrócić na KL Sentral i udajemy się na piechotę do Brickfields Litle India. Pozostajemy w klimacie hinduskim dzisiejszego dnia, jemy tam także hinduski obiad.

Szama po hindusku

Z Little India udajemy się różową linią LRT w kierunku Gombak pod KLCC. Przechodzimy na drugą stronę Suria KLCC, do parku z mostkiem, z którego faktycznie roztacza się najpiękniejszy widok na „Petronasy”. Niestety, nie tylko my tak uważamy i ludzi jest sporo. Zawsze w miejscach widokowych staram się pojawić przed zmierzchem, aby zobaczyć je zarówno w dziennym świetle, przy zachodzącym słońcu, jak i w nocnej scenerii. Tak samo było w przypadku widoku z KL Tower, tak robimy i teraz. O 19:30 zaczynają się podświetlać fontanny, a chwilę później rozpoczyna się show, któremu w mojej opinii brakuje jedynie porządnego podkładu muzycznego. No bo jak to… taniec bez muzyki…coś tu nie pasuje.

Przechodzimy nadziemnym klimatyzowanym tunelem (otwarty od 6:00 do 23:00, ostatnie wejście o 22:55) do Pavilion w Bukit Bintang. Chłoniemy odrobinę luksusu, a następnie udajemy się fioletową linią Go KL „do domu” na ostatnią noc w KL.

Dzień 7. (13.09.2016, wtorek) – przyjazd do Taman Negara, 3-godzinny rejs rzeką Tembeling, wieczorny spacer do Kuala Tahan

Ze stacji Masjid Jamek udajemy się LRT do stacji MR Titiwangsa i wychodzimy na Pekeling Bus Station. Można tu także dotrzeć Go KL. Linią Metrobus Express (18,40 RM) jedziemy do Jerantut, do którego docieramy o 12:00 mając jedną przerwę na trasie. Wsiadamy w busik, który zawozi nas do Kuala Tembeling jetty (15 RM / os.). Opłacamy permit i wsiadamy na łódkę płynącą do Kuala Tahan (45 RM / os.). Rejs trwa 3 godziny i faktycznie, jak uprzednio czytałam, pod pewnym czasie podróż staje się nużąca, w efekcie czego pod koniec wszyscy śpimy;). Przypływamy do restauracji agencji turystycznej HAN w Kuala Tahan. Zdecydowałyśmy się na jedyny po drugiej stronie rzeki, czyli w dżungli właściwej, nocleg – Taman Negara Mutiara resort. Taxi wodna na drugą stronę rzeki kosztuje 1 RM za osobę. Wieczorem przypływamy znów na drugą stronę zobaczyć wioskę oraz zjeść kolację w jednej z pływających restauracji.

Nasz domek w sercu dżungli

Dzień 8. (14.09.2016, środa) – trekking no.1 Canopy Walkway, Bukit Teresek, Bambun Tabing, Lobol Simpon, nocny spacer do Bambun Tahan

Nie decydujemy się na żadną z wielu zorganizowanych wycieczek po dżungli – ot taki wybór aby wszędzie gdzie tylko się da zawsze docierać na własną rękę i konsumować z dala od wycieczkowego hałaśliwego tłumu. Sprawdza się to szczególnie w sytuacjach kontaktu z Matką Naturą.

Po hotelowym posilającym śniadaniu ruszamy w drogę. Szlaki rozpoczynają się w naszym resorcie. Kierujemy się na Bukit Teresek (1,7 km). Po drodze zatrzymujemy się na Canopy Walkway (1,2 km) – zawieszone w powietrzu drewniane mostki pozwalające na wędrówkę wśród koron drzew. Wstęp kosztuje 5 RM. Jesteśmy tam same! Wybór września jako terminu podróży to gwarantuje. Na szczęście, bowiem nie wyobrażam sobie spacerowania po mostkach wraz z chwiejącymi nimi celowo innymi turystami (w tym samym czasie na jednym mostku mogą znajdować się maksymalnie 4 osoby). Następnie podchodzimy na Bukit Teresek. Bukit to po malajsku wzgórze. Szlak wiedzie cały czas po drewnianych, przygotowanych pod grupowe wycieczki schodach.

Nie schodzimy ze szczytu tą samą trasą, a kierujemy się Kuala Terenggan (9,1 km). Dystans spokojnie do pokonania choćby w naszych Tatrach. Ale dżungla to nie Tatry! W prawdziwej dżungli, gdzie grupy zorganizowane już nie docierają, szlaki są trudne. Często zatarte, zarośnięte szybko rozrastającymi się roślinami. Sporo podciągania się na linach i wysoka wilgotność powodują, że docieramy jedynie do Bambun Tabing – jednego z noclegowych miejsc w sercu dżungli. Domek bez okien na betonowych palach z kilkoma drewnianymi piętrowymi pryczami. Nocleg kosztuje 5 RM i opłaca się go w siedzibie Parku. Za Bambunem szlak kompletnie się zaciera. Obawiając się zgubienia a i mając na uwadze czas (lepiej nie zostać w dżungli po zmroku!) decydujemy się na powrót w kierunku Lobol Simpon (można tam zejść także wygodnym turystycznym szlakiem z Bukit Teresek). Dwie osoby kąpią się w rzece. My jedynie moczymy umęczone nogi.

Bambun Tabing

Po odpoczynku (szczerze, między nami – spałyśmy jak zabite!) wyruszamy do oddalonego od granic resortu o 200 m Bambun Tahan na nocną eksplorację dżungli. Położone zbyt blisko resortu, aby służyło za miejsce noclegowe, stanowi jedynie miejsce nocnych obserwacji. Nie widzimy żadnych zwierząt, co nie stanowi dla nas zaskoczenia. Koncert, który odbywa się w dżungli w scenerii absolutnie czarnej nocy, stanowi jednak atrakcję samą w sobie i wart jest doświadczenia.

Pod domkiem w resorcie wita nas stado dzików. A więc zwierzyna postanowiła przyjść do nas w ramach rekompensaty za ubogie w doznania lokalnej fauny nasze nocne wędrowanie.

Dzień 9. (15.09.2016, czwartek) – trekking no.2 Orang Asli village, Bukit Indah

Trekking wzdłuż brzegu rzeki Tembeling. Na trasie mała wioska Orang Asli, Bukit Indah i duża, znajdująca się po drugiej stronie rzeki wioska Orang Asli. Dokładnie przebieg wędrówek można sobie zwizualizować na tej mapie. Udało nam się dotrzeć prawie pod wczorajszy cel (acz innym szlakiem). Szlak wiedzie non stop w górę i w dół. Przekracza się bowiem wiele wąwozów z prawie wyschniętymi potoczkami (jesteśmy tuż przed monsunem, a więc wody jest mało). Sporo tu lin, więc trening jest porządny i gwarantuje poczucie prawdziwej eksploracji tego terenu. Tu uczulam na nieprawdziwe opisy w Lonely Planet, według których szlak ten jest względnie płaski! Wszystko można o nim powiedzieć, ale nie to że jest chociażby przez chwilę płaski! Wracając, przy Canopy Walkway jetty, widzimy tabliczkę (przewróconą, leżącą na ziemi, jak większość w Parku), wedle której wstęp poza „schodkową”, uporządkowaną strefę jest zabroniony bez przewodnia. Dobrze wiedzieć! Lepiej późno niż wcale. Kładkami i schodkami wracamy do resortu. Konsekwentnie witają nas małpy rozgoszczone na naszym tarasie.

Z motylem jestem

Dzień 10. (16.09.2016, piątek) – przejazd to Cameron Highlands

Po śniadaniu przeprawiamy się na drugą stronę rzeki do Kuala Tahan.

  1. 8:30 Kuala Tahan -> ca. 10:00 Jerantut – lokalny autobus, straszny rzęch! W środku pani sprzedająca bilety zapisuje każdemu z podróżnych dalsze wskazówki podróży. Nam sprzedaje od razu bilet na następny autobus do Kuala Lipis. 7 RM.
  2. 10:30 Jerantut -> ca. 12:30 Kuala Lipis – 6,50 RM, linia Pahang Lin Siong.
  3. 13:00 Kuala Lipis -> ca. 14:00 Raub – 5,40 RM, autobus na Kuala Lumpur, linia Pahang Lin Siong.
  4. 15:00 Raub -> ca. 18:00 Tanah Rata – 12,30 RM, linia Pahang Lin Siong.

Tę samą podróż można za 95 RM odbyć z agencją HAN.

W Tanah Rata odczuwamy znacznie chłodniejszy klimat. Jedziemy taxi (15 RM) do Brinchang. Jest tu znacznie brzydziej niż w Tanah Rata! Miasteczko jest bardziej uczęszczane przez lokalnych (szczególnie malezyjskich Chińczyków), aniżeli zagranicznych turystów. Dużo tu hotelowych molochów w stylu naszego Gołębiewskiego. Zupełnie nie widać jakiegokolwiek planowania przestrzennego. Stąd jednak znacznie bliżej jest do turystycznych szlaków. Ze znalezieniem taksówkarza, który zechciałby nas zawieźć do Brinchang miałyśmy nie lada problem. Wszyscy narzekali na korki. Faktycznie, jest bardzo tłoczno. To też wyjaśniałoby trudności przy znalezieniu miejsca noclegowego w tym terminie jeszcze z Polski. Jesteśmy tu bowiem w weekend, a dodatkowo jest to dla większości Malezyjczyków tydzień wolny. 12. września (poniedziałek) – Hari Raya Haji był dniem wolnym, a 16. września (piątek) to Malaysia Day, czyli wiele osób zrobiło sobie cały tydzień wolnego, szczególnie że szkoły (według informacji od taksówkarza) mają cały ten czas wolny od zajęć. Jako że Cameron Highlands są szczególnie popularnym wśród Malezyjczyków miejscem wyjazdów weekendowych oraz urlopowych, mamy wątpliwą przyjemność doświadczać piękna tego obszaru z nimi wszystkimi.

Podczas wieczornej kolacji staramy się znaleźć coś innego niż steamboat – tzw. ognisty kociołek, czyli naczynie do przyrządzania potraw bezpośrednio na stole charakterystyczne dla kuchni chińskiej. Nie jest łatwo, bowiem to rozwiązanie jest tu niemal wszechobecne, a nam niekoniecznie odpowiada samodzielne gotowanie na urlopie;) Zbyt często mamy to przecież w domu.

Dzień 11. (17.09.2016, sobota) – Gunung Brinchang, Mossy Forest, BOH – Sungai Palas Tea Plantation

Rano podchodzimy pod pobliskie farmy kaktusów i truskawek, które znajdują się prawie przy samym centrum Brinchang. Następnie udajemy się szlakiem no. 1 na Gunung Brinchang. Gunung to po malajsku góra. Szlak zaczyna się 300 m w górę (czyli dalej od centrum miasta) za posterunkiem policji. Według Lonely Planet wejście na szczyt zajmuje 3,5 h. Odległość do przejścia to 3,5 km. Nam zajmuje 2 h. Można także od drugiej strony wjechać rowerem lub samochodem. Jest to bowiem najwyższy szczyt Malezji dostępny dla turystów zmotoryzowanych. Wiele osób, jak widać po obłożeniu szlaku przez dżunglę, zdaje się korzystać z opcji podjazdu. Generalnie Malezyjczycy wytrwałymi piechurami nie są, a szlaki są generalnie mało uczęszczane i często zaniedbane. Tak modne w Europie trekkingi nie są tutaj jeszcze popularne. Podejście na początku nudnawe, zamienia się wkrótce w wymagającą wspinaczkę. Sporo błota, lin. Chłodniejszy jednak klimat czyni to podejście dość komfortowym. Na szczycie znajduje się wieża widokowa.

Schodzimy drogą asfaltową, przy której znajduje się wejście do Mossy Forest (wstęp za darmo). I tu znów warto wejść poza strefę kładek i schodków, gdzie zaczyna się szlak na Gunung Irau.

Z Gunung Brinchang asfaltowa droga wiedzie przez plantacje herbaty z powrotem do Brinchang przez 7 km. Jest bardzo widokowa. My zbaczamy z niej celem odwiedzenia plantacji herbaty BOH – Sungai Palas (ze szczytu pod plantację idziemy 2 h). Plantacja otwarta jest do 16:30. Mimo, że jesteśmy tam o 15:00, niestety nie udaje się załapać na 15-minutową wycieczkę po fabryce. Oglądamy jednak wyświetlany o jej dziejach film. Sycimy oczy pięknymi widokami i robimy herbaciane zakupy w tutejszym sklepiku.

A może by tak rzucić wszystko i zacząć uprawiać herbatę, he?

Liczymy się z powrotnym spacerem do miasteczka, ale ku naszej nieskrywanej radości zatrzymuje się młoda para Malezyjczyków i oferuje podwózkę. A zatem piechurzy nie tylko wzbudzają tu zaciekawienie, ale także i litość;) Opowiadają nam sporo ciekawostek z regionu i tak mija nam wspólna, wydłużona z powodu korków, podróż.

Dzień 12. (18.09.2016, niedziela) – Sam Poh Temple

Drugi dzień w Cameron Highlands rozpoczynamy wizytą w buddyjskiej świątyni Sam Poh Temple, gdzie zaczyna się także szlak no. 2. Rezygnujemy tym razem z wejścia w dżunglę. Tzn. nie poddajemy się od razu i robimy pewien rekonesans przebiegu szlaku, ale co jak co… dżungli to my mamy na tym wyjeździe aż nadto i niezachęcone mocno wzbijającym się pod górę, zatopionym w gąszczu ekspansywnej zieleni początkiem szlaku, decydujemy się na drogę asfaltową. Chcemy bowiem odwiedzić Tanah Rata – bardziej backpackerską miejscowość. Wybieramy tzw. starą drogę łączącą Brinchang z Tanah Rata. Jej długość to 1,8 km. Mijamy pola golfowe, jest zielono, czysto i przyjemnie. Zupełnie inaczej niż w zdominowanym przez Chińczyków Brinchang.

W Tanah Rata docieramy do szlaku no. 4, którym udajemy do Parit Falls. Tym samym szlakiem w drugą stronę docieramy do centrum Tanah Rata – nieopodal dworca autobusowego.

Następnie udajemy się do MARDI (3 RM / os.). Jest to coś na kształt targów z produktami lokalnego rolnictwa. Nie warto!

Za MARDI docieramy do szlaku no. 9 biegnącego przez Robinsson Falls. Idziemy trochę dalej w dżunglę szlakiem 9A (za rozwidleniem przy metalowej bramce). Chyba zdążyło zabraknąć nam już dżungli i stąd ten desperacki krok;). Taksówką wracamy do Brinchang (tym razem 10 RM).

Dzień 13. (19.09.2016, poniedziałek) – przejazd do Georgetown, spacer po mieście

Taksówką jedziemy do Tanah Rata. Lokalnego autobusu na tej trasie już nie ma i taksówki poza własnymi nogami, są jedynym środkiem transportu. Autobus odjeżdża o 8:00, a bilet na niego kupiłyśmy jeszcze w Polsce. Okazuje się, że autobus ten zatrzymuje się także w Brinchang, a zatem nasz przejazd taksówka był zbędny. Miejsca postoju w Brinchang to: Titiwangsa Hotel, na przeciwko stacji benzynowej Shell oraz na przeciwko posterunku policji.

Po zakwaterowaniu w Georgetown mamy jeszcze czas na pierwszy spacer po kolonialnej starówce miasta.

Dzień 14. (20.09.2016, wtorek) – Kok Si Lok, Blue Mansion, Street Art, lot do Johor Baru

Rano wyruszamy do przepięknej buddyjskiej świątyni Kok Si Lok (autobus 201, 2 RM). Następnie wracamy do centrum pod Blue Mansion = Cheong Fatt Tze Mansion. Jest to zbudowany wedle zaleceń feng shui dom Ostatniego Mandaryna, Rockeffelera Wschodu. Wnętrza domu stanowiły scenerię filmu „Indochiny”, w której nominowaną do Oscara rolę zagrała Catherine Deneuve. Trzy razy dziennie organizowane są tu wycieczki z charyzmatyczną przewodniczką (17 RM).

Buddyjska świątynia Kok Si Lok

Kolejnym etapem jest „polowanie” na perełki tutejszego street artu.

Wieczorem wracamy do hostelu po bagaż i udajemy się na lotnisko, skąd samolotem linii Air Asia lecimy do Johor Baru. Bilet kupiony z wyprzedzeniem kosztuje mniej niz 70 PLN!

Dzień 15. (21.09.2016, środa) – Singapur

Mieszkamy nieopodal JB Sentral. Można stąd szybko dostać się do Singapuru. Na dworcu kierujemy się za strzałkami na Woodlands. Przechodzimy malezyjską kontrolę paszportową i autobusem (obojętne którym CW, bowiem pierwszy odcinek trasy wszystkie pokonują ten sam) dostajemy się na punkt singapurskiej kontroli (3,30 RM). Tu kontrola singapurska – trzeba opuścić autobus. Dopiero po kontroli, czekające autobusy jadą w różnych kierunkach. My mamy bilet na CW2 – do Queen’s Street.

W Singapurze przechadzamy się promenadą, zwiedzamy centrum i Ogrody Botaniczne.

Singapur

Wracamy znów z Queen’s Street – jest spora kolejka. Krótsza do miejsc stojących. Uwaga! Tu za bilet płacimy też 3,30 ale SGN – dolarów singapurskich. Uprzedzam, bo my celowo pozbyłyśmy się przed odjazdem wszystkich dolarów singapurskich. Chciałyśmy zapłacić w RM, ale gdy stojący za nami podróżny usłyszał jaki kurs proponują kierowcy, sam zapłacił za nas za bilet w SGN. W autobusie oddajemy mu ekwiwalent w RM po uczciwym jego zdaniem kursie. Kolejna historia poświadczająca, że ludzie bywają piękni… piękni w środku, w Czesiu:)

Dzień 16. (22.09.2016, czwartek) – wyjazd do Mersing, prom na Tioman

Jedziemy taxi z hotelu przy JB Sentral na dworzec autobusowy Larkin (13,20 RM). O 10:00 odjeżdża autobus do Mersing. Na miejscu okazuje się, że ostatni prom z Mersing odpłynął o 12:00. Ma to związek z poziomem wód. Jak już pisałam, jesteśmy przed monsunem, a zatem poziom wód jest najniższy z możliwych. Jest jeszcze prom o 16:30, ale z innego portu – Tanjung Gemok. Docieramy tam taksówką – 60 RM. Należy pamiętać, że godziny odpływu promów są ruchome i nigdy nie można być pewnym rozkładu z wyprzedzeniem. W porcie opłacamy wstęp, gdyż Tioman ma status morskiego parku narodowego, Opłata wynosi 5 RM / os., ale już 1 października 2016 roku ma zostać podniesiona do 30 RM. Płyniemy około 2,5 h.

Zdecydowałyśmy się na zakwaterowanie w ABC – popularna nazwa Air Batang. Wiemy, że nie jest tu najpiękniej, że jest tłoczniej niż w pozostałych zakątkach wyspy. Co nami kierowało? A zatem nie w smak nam wylegiwanie się cztery dni na plaży – chcemy zobaczyć możliwie najwięcej uroków wyspy, a ABC jest do tego idealnie położone.

Dzień 17. (23.09.2016, piątek) – Tekek, ABC

Rano wyruszamy na piechotę do Tekek – stolicy wyspy. Jest tu jedyne lotnisko i prawie wszystkie samochody. Przez Tekek i stąd do Juary wiedzie bowiem jedyna na wyspie droga. Tak, w ABC mamy tylko chodnik, po którym mieszkańcy jeżdżą skuterkami. Tioman jest także strefą bezcłową, a w Tekek znajduje się kilka większych sklepów (jak na tamtejsze warunki rzecz jasna!), w których można korzystnie nabyć papierosy, alkohol i inne przyjemności.

Po południu przechadzamy się wzdłuż całego ABC. Najlepsze plaże są w jego południowej części. Tam też się udajemy. W planie plażowanie i snorkeling – rafa jest tu całkiem okazała. Hitem są dla mnie „tęczowe rybki” i „kolorowe pochwy” – kto pojedzie i zobaczy, będzie wiedział o co cho.

Dzień 18. (24.09.2016, sobota) – Monkey Beach, Monkey Bay, Salang

Trekking zaczynamy kierując się na północ ABC. Ostatni ośrodek na północy to Bamboo Chalets. Tuż za nim droga wiedzie w prawo do dżungli. Po drodze znajduje się odosobniony resort Panuba Inn. I znów jesteśmy w dżungli, znów same. Po 1,5 h docieramy do Monkey Beach. Plażujemy, „snorkelingujemy” – rafa bogatsza niż w ABC. Podczas kąpieli nasz dobytek atakuje małpiszon (bo to nie małpa, a wstrętny małpiszon;)). Rozrzuca nasze rzeczy po plaży, otwiera plecaki – istny horror! Odpędzana szczerzy zęby i grzebie dalej. Przed kolejną kąpielą zbieramy rzeczy i budujemy z patyków wbitych w piasek stelaż, do którego starannie przywiązujemy cały dobytek.

10 minut trekking dzieli Monkey Beach od Monkey Bay. Jest tu też znacznie ładniejsza plaża.

Z Monkey Bay do Salang mamy 1,5 h. Sporo małpiszonów po drodze, więc twardo dzierżymy w dłoniach jedyną dostępną tu broń – kije. Jest też sporo wielkich (ponad 1 m) jaszczur. Idziemy stale wzdłuż kabla, który niekoniecznie wiedzie nad naszymi głowami. Często biegnie po ziemi lub na wysokości pasa. Sama historia przeprowadzania sieci elektrycznej na wyspie jest bardzo ciekawa.

W Salang wita nas piękny widok. Jest tu iście rajsko. Widząc nas mieszkańcy pytają skąd idziemy. Odpowiadamy zgodnie z prawdą, że z ABC. Słyszymy: „Wow, respect!„. Czy wspominałam już, że tu nikt nie chodzi dalej niż do sklepu lub sąsiada!?

Do ABC wracamy taxi wodną za 30RM od osoby.

Z ABC idziemy jeszcze na południowy koniec Tekek, czyli graniczący z ABC, aby zobaczyć sztuczną rafę. Uczą się tam nurkować głównie lokalni turyści, a sama rafa nie robi kompletnie żadnego wrażenia.

Dzień 19. (25.09.2016, niedziela) –  dzień stracony, całodzienna ulewa

Robimy co możemy. Nawet na trochę idziemy na plażę, ale morze szczególnie nieprzyjazne. Kosztujemy specyfików tutejszej kuchni.

Dzień 20. (26.09.2016, poniedziałek) – Juara

Chcemy na rowerach udać się do Juary na drugą stronę wyspy. Dla wybudowanej przez Japończyków drogi alternatywę stanowi trekking przez dżunglę. No nie, znowuuu? Konsekwentnie trzymamy się opcji drogi, a przejazd na rowerach wydaje się nam być idealnym pomysłem. Jest jedno „ale”. Nikt nie chce nam roweru wypożyczyć słysząc dokąd chcemy się udać. Odpowiedź: „Juara? No, no, too steep!„. Po kilku nieudanych próbach pertraktacji i oświadczeń, że my z Polski, że u nas góry i że po nich się jeździ i że tak, na rowerach to robimy, nic nie wskórawszy decydujemy się posłuchać porad i wypożyczyć skuter. Idziemy w tym celu do Tekek. Z ABC byśmy nie przejechały. Chodnik łączący ABC z Tekek jest dopiero w budowie, drogi jak pisałam nie ma. Płacimy 70 RM za skuter z automatem (manual – 50 RM za dobę). Paliwo 3,50 RM płatne dodatkowo. My jednak plastikową 1,5 l butelkę trunku dla naszej maszyny otrzymujemy gratis. Na wyspie generalnie, poza artykułami strefy bezcłowej, wszystko jest trzy razy droższe niż na lądzie. Trzeba to bowiem przetransportować. Po płaskim jeździ się całkiem łatwo, ale gdy droga na Juarę skręca gwałtownie i wzbija się w górę (nachylenie 45 stopni!) ze strachu krzyczę: „Stop!”. Zatrzymujemy się, a motorek zaczyna odjeżdżać… w dół. Łapiemy maszynę, schodzą się ludzie i tłumaczą jak trzeba jechać, żeby uważać etc. Ok, teraz czaimy dlaczego nie rower. Choć myślę, że byłoby i tak łatwiej. Serio! Trzeba ostrożnie. Nachylenie plus ciągłe zakręty i dwie osoby na skuterku to nie jest takie całkiem banalne. Docieramy do Juary i jest to najpiękniejsze miejsce na wypoczynek na Tioman. Mało dostępne – promy z Mersing nie zawijają na tę stronę wyspy. Rafa bogata, ale woda jest tak zasolona, że mocno ogranicza widoczność. Poprawia się wraz z zimnym prądem. Tu także w mojej opinii najlepsze jedzenie na wyspie.

Wieczorem pytamy naszą gospodynię o jutrzejszy rozkład promów. Odpływa o 5:00 rano. Należy pojawić się godzinę wcześniej, choć do tej pory nie wiem w jakim celu.

Dzień 21. (27.09.2016, wtorek) – prom do Mersing, przejazd do Melaki i wieczorny spacer

Od 4:00 czekamy w jetty. Zaczynają się schodzić inni podróżni. Wraz z nimi nadchodzi istna burza. Dla mnie jasne, że w takich warunkach nic nie podpłynie. Nie sposób przecież nawet zacumować do przystani. 5 minut przed planowanym odpływem grupa Niemców twardo ciśnie na początek pomostu. No tak, Ordnung, i burza czy nie, prom ma odpłynąć 5:00. Wracają po chwili rozczarowani. Ucinam sobie drzemkę i około 8:00 zostaję brutalnie obudzona wiadomością, że podobno będziemy odpływać. Na placu boju zostali tylko Polacy (reszta wróciła do hoteli twierdząc, że popłyną o 9:00 do portu Tanjung Gemok lub jutro – wiem to z opowieści, gdyż spałam gdy snuto te plany) i właściciel jednego z resortów udający się po gości z Borneo. Coś jest w tym naszym narodzie – ta wytrwałość, wola walki do końca;). Faktycznie płyniemy. Każdy przy wejściu otrzymuje plastikowy woreczek. Rzuca statkiem bowiem niemiłosiernie i ów woreczek niektórym się przydaje.

Dezinformacja jest totalna. Uświadamiamy sobie, że reszta czekającego z nami składu nawet nie dowie się, że statek ostatecznie odpłynął.

O 13.15 odjeżdżamy autobusem do Melaki. Dojeżdżamy do Melaka Sentral. Jedziemy do centrum. Miasto jest czyste! Oświetlone, grające głośną muzę riksze,  tworzą estetycznie dyskusyjny, acz na pewno oryginalny klimat. Podobnie jak w Georgetown, obowiązuje w mieście zakaz palenia.

Dzień 22. (28.09.2016, środa) – zwiedzanie Melaki

Całodzienne zwiedzanie jedynego obok Georgetown miasta malezyjskiego wpisanego na listę UNESCO.

Dzień 23. (29.09.2016, czwartek) – poranny przejazd do Kuala Lumpur, 9:45 wylot do DOH, 18:10 przylot do BUD, 23:45 Polski Bus do Krakowa

Dzień 24. (30.09.2016, piątek) – 6:50 przyjazd do Krakowa

Jak pisałam na stronie „O mnie”, kocham wracać! W głowie burza pomysłów, motywacja, chęć do działania, a gdzieś z tyłu kreuje się już nowy plan, kolejna wizja wyprawy życia. Bo wyprawa życia to zawsze ta następna, ta która jeszcze przede mną. Bo gdyby tak nie było, to po co podróżować…? Ale potrzymam Was jeszcze trochę w niepewności. Teraz czas na odrobinę prozy życia.

 

 

 

 

 

Tags from the story
Written By
More from Anna Sułek

Wszystkich Świętych w Meksyku

Día de muertos, czyli meksykańskie Wszystkich Świętych. W Meksyku obchody tego święta...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *