Szlakiem bocianich gniazd, czyli rowerem po Transylwanii

Print Friendly, PDF & Email

Moje tegoroczne moce urlopowe zostały znacząco uszczuplone przez prawie roczny kurs, w którym uczestniczę i który to skutecznie ogranicza mnie w podejmowaniu trudów wędrowania, zajmując mi co tydzień średnio osiem sobotnich godzin. No tak, to znacznie komplikuje sprawę i ciąży silnie na mej wędrownej duszy. Ciężko dopasować się z lotami, tak aby „wcisnąć się” z wyprawą między jedne a drugie zajęcia. Pojawiająca się wolna sobota po Bożym Ciele powoduje, że zaczynam intensywnie szukać pomysłu na nieco dłuższą rowerową przejażdżkę. Może coś samochodem? Może… Rumunia!? Strzał w dziesiątkę! A zatem do Rumunii. Na dwa tygodnie. Od soboty do soboty, tak aby zdążyć na kurs;)

Do niedawna miałam dwa dominujące skojarzenia z Rumunią – oba z odległej przeszłości. Pierwszym było błędne uznawanie żebrających w Polsce Romów za typowych przedstawicieli narodu rumuńskiego. Drugie to wspomnienie z przejazdu przez Rumunię z czasów podróżowania z Rodzicami, gdy podczas przerwy na toaletę organizatorzy bardzo pilnowali, aby nikt od pojazdu za bardzo się nie oddalił. Powód owej troski twierdzili, że mają. O mieszkańcach Rumunii zdanie zdążyłam zmienić podczas pracy na Cyprze, a także w czasie wyjazdu na stypendium do Francji, gdzie miałam sposobność poznania kilku osób pochodzących z Rumunii (dlaczego „Rumunów” nadal posiada negatywne zabarwienie?). Moi Rodzice już takiej możliwości nie mając do ostatniego dnia przed wyjazdem na zmianę wypowiadali poniższe kwestie:

„Do żadnej Rumunii!” / „Przecież tam są niedźwiedzie!” / „W najlepszym przypadku grzecznie Cię poproszą o zejście z roweru i dobrowolne oddanie wszystkiego co masz!”

Przy oczywistym fiasku ich starań powstrzymania mnie przed wyjazdem, zaczęli równie bezskutecznie odwoływać się do dyskusyjnego autorytetu rozmaitych X-ów:

„Nawet X powiedział, że nie powinnaś jechać! I to w dwie dziewczyny! Na rowery, do Rumunii! W dodatku w Karpaty rumuńskie!”

No i tym sposobem wzmocnione o wiarę najbliższych w powodzenie misji, wrzuciłyśmy z Asią po sobotnim kursie rowery do samochodu (na ogarnięcie tematu bagażnika czasu nam zabrakło) i ukochaną (taki przykład „miłości mimo wszystko”) „Zakopianką” ruszyłyśmy w kierunku Rumunii.

Najlepszy plan to brak planu

Jeszcze trzy lata temu powyższe stwierdzenie uznałabym za istną herezję. Jednakże od zrealizowanej w 2014 roku totalnie spontanicznej wyprawy do Meksyku, twierdzę że spontaniczne wojaże mają swój odmienny acz równie ciekawy smak. Siłą rzeczy na wielkie zabiegi planistyczne nie było tym razem czasu, a zatem po lekturze kilku blogów, z przewodnikiem i mapą podjęłyśmy się realizacji… wyjazdu, nie planu;). I tak zupełnie spontanicznie udało nam się wykręcić poniższą pętelkę. Punktem startowym była Sighișoara, gdzie zmieniając środek transportu na rowery, zostawiłyśmy samochód pod opieką przemiłej właścicielki campingu. Wiadomo, że nie samym rowerem człowiek żyje, a zatem były i dni bez pedałowania. Te spędzone na rowerze były następujące:

dzień 1. Sighișoara-Saschiz-Bunești-Viscri

Ten około 44-kilometrowy odcinek rozpoczyna ścieżka rowerowa w Sighișoarze wyprowadzająca nas poza miasto. Następnie do Saschiz jedziemy „drogą czerwoną”, czyli główną drogą krajową. Mnogość samochodów ciężarowych na tego typu trasie oraz sposób jazdy tutejszych kierowców (jego dyskusyjny poziom bezpieczeństwa potwierdza ilość przydrożnych krzyży) w duecie zaserwowane nam na sam początek powodują, że decydujemy się wszelkimi sposobami unikać takich dróg na kolejnych etapach przejażdżki. Rekompensatą za te niewygody jest jazda w znacznej mierze z górki. W Saschiz, obok kościoła wpisanego na listę UNESCO, którego wieża do żywego przypomina tę z Sighișoary oraz z widokiem na ruiny zamku chłopskiego, robimy pierwszą przerwę. Od tej pory kościoły warowne i zamki chłopskie będą towarzyszyć nam na trasie przejazdu niemal na każdym kroku. I dobrze! Podobają nam się bowiem. „Czerwoną krajówką” docieramy do Bunești, gdzie z ulgą żegnamy się z całym taborem ciężkiego transportu drogowego skręcając w boczną drogę w kierunku Viscri. Ta z kolei wije się spokojnie pośród nieskończonych połaci zieleni. Na początku owej sielankowej trasy mijamy jedyną podczas tego wyjazdu wioskę romską. Niekorzystne wrażenie szybko mija, gdy oprócz widoku wyraźnej biedy i zaniedbania, nie napotykamy ze strony jej mieszkańców najmniejszych oznak nieprzychylności. Wraz z naszymi objuczonymi pojazdami budzimy jedynie spore zaciekawienie szczególnie najmłodszej części tutejszej społeczności. Kulminacją pierwszego dnia jest wjazd do wioseczki Viscri, która bezapelacyjnie należy do „must see” Transylwanii. O Viscri więcej przeczytasz w osobnym poście tutaj. W gospodarstwie agroturystycznym pod numerem 44, podczas tradycyjnej kolacji serwowanej przez gospodynię, cieszymy się pierwszym etapem rowerowej przygody i wtapiając nosy w mapę planujemy jutrzejszą trasę.

dzień 1. Sighișoara-Saschiz-Bunești-Viscri

dzień 2. Viscri-Rupea-Homorod-Făgăraș

Dzisiejszą jazdę rozpoczynamy po zwiedzeniu Białego Kościoła w Viscri zmierzając do Făgăraș. Boczną i nieuczęszczaną drogą docieramy do wsi Dacia. Następnie jedziemy do miejscowości Rupea, gdzie dosłownie na chwilę wjeżdżamy na drogę krajową, by szybko zboczyć na wymagający podjazd prowadzący do zamku chłopskiego. Po wizycie w zamku udajemy się do Homorod, gdzie odwiedzamy miejscowy kościół szczycący się najstarszymi zachowanymi w Transylwanii freskami. Z Homorod, przecinając „drogę czerwoną”, wjeżdżamy w boczną dróżkę wytyczoną wzdłuż rzeki Olt (Aluta). Za miejscowością Hălmeag porządnie się gubimy. Panicznie obawiając się powrotu na „krajówkę”, z uporem jedziemy drogą boczną nie zważając na to, że drogą ona już dawno być przestała. Ostatecznie wjechawszy na teren jednego z pastwisk, gdzie ścieżka kompletnie się zaciera, decydujemy się na odwrót (a szkoda bo tyle już przejechałyśmy!) i wracamy do Șercai, gdzie około 15-kilometrowy odcinek końcowy pokonujemy wzdłuż głównej drogi krajowej. Endomondo ów dzień oszacowało na 75 km, lecz trudności napotkane w terenie za Hălmeag spowodowały, że na camping pod Făgăraș docieramy tuż przed zmierzchem.

dzień 2. Viscri-Rupea-Homorod-Făgăraș

dzień 3. Făgăraș-Sebeș-Șinca-Șinca Nouă -Zărnești-Bran

Făgăraș opuszczamy po dniu przerwy spędzonym na zwiedzaniu miasta i uciechach wodnych na basenach należących do naszego campingu. Przecinamy linię kolejową tuż za naszym campingiem i jedziemy w kierunku południowym, mając przed oczyma coraz wyraźniejsze grzbiety Fogaraszy – najwyższych gór Rumunii. Mniej więcej od Șinca Nouă wiemy już na pewno, że jesteśmy w górach. Rekompensatą ostrej wspinaczki na przełęcz jest wspaniały zjazd aż do Zărnești. Trasa z Zărnești do Bran to w połowie podjazd, a następnie zjazd pod sam zamek komercyjnie okrzyknięty zamkiem Drakuli, z którym to w istocie niewiele ma wspólnego. Przelotny deszcz powoduje, że szybko uruchamiamy Booking.com znajdując przemiły hotel z widokiem na zamek. Tak bardzo jesteśmy zadowolone z wygody tego rozwiązania po mozolnej rowerowej wspinaczce, że już ani razu na tej wyprawie nie rozbijemy namiotu. A wozić ten cały szpej trzeba! Według Endomondo mamy dziś w nogach 70 km po górzystym terenie.

dzień 3. Făgăraș-Sebeș-Șinca-Șinca Nouă -Zărnești-Bran

dzień 4. Bran-Râșnov-Poiana Brașov-Brașov

Po zwiedzeniu przepięknego zamku w Branie, letniej rezydencji królewskiej, w deszczu jedziemy do zamku w Râșnov. Ten krótki odcinek, nie mając alternatywy, pokonujemy „drogą czerwoną”. Po porządnym osuszeniu się w jednej z restauracji udajemy się na zwiedzanie jednego z największych i najpiękniej położonych zamków chłopskich. Po zwiedzaniu kierujemy się boczną drogą na Brașov przez Poiana Brașov. Konkretny podjazd stanowi doskonały trening przed czekającą nas Transfogaraską. Długi i z pewnością widokowy zjazd (gdyby nie ten deszcz!) do Braszowa to zasłużona nagroda za wysiłki dzisiejszego dnia. Endomondo pokazuje zaledwie 37 km.

dzień 4. Bran-Râșnov-Poiana Brașov-Brașov

Za nami piękny i urozmaicony czterodniowy przejazd z Sighișoary do Brașova. Tu zatrzymujemy się na jeden dzień celem zwiedzenia miasta. Udaje nam sie znaleźć hotel w samym centrum, który zgadza się na przechowanie naszych pojazdów na zapleczu. Przed nami perła w koronie tego wyjazdu, czyli Trasa Transfogaraska. Pod samą Trasę docieramy pociągiem z Brașova do Cârțy.

Trwający cztery dni przejazd rowerowy na trasie Sighișoara-Brașov

dzień 5. Perła w koronie całej wyprawy, czyli Jej Majestat 7C – Trasa Transfogaraska

Odwiedzane przed wyjazdem blogi i strony internetowe łączące ze sobą hasło „rower” i „Rumunia” niemal zawsze wspominały o Trasie Transfogaraskiej. Postanowiłyśmy spróbować zmierzyć się z tą nieźle „pokręconą drogą”. Świadome naszego znikomego doświadczenia w kolarstwie górskim zdecydowałyśmy się na wjazd „na lekko” zostawiając bagaż w pensjonacie na dole, do którego następnie zjedziemy na nocleg. Z perspektywy czasu śmiało mogę napisać, że była to bardzo dobra decyzja i gdyby nie ona, miałabym spore trudności z dotarciem na górę, czyli na wysokość 2034 m n.p.m. Trasa Transfogaraska sama w sobie oraz moje z przejazdu nią wrażenia zdecydowanie zasługują na odrębny wpis szerzej traktujący ten temat. Taki też solennie przyrzekam niebawem popełnić! (gotowy wpis znajdziesz tutaj). Uchylając jednakże nieco rąbka tajemnicy, udało nam się wjechać pod sam tunel znajdujący się w najwyższym punkcie Trasy, a 30 km zjazdu to jedna z tych chwil (dość długa tym razem!), dla których warto nie tyle żyć, o ile uprzednio się tak wysoko wdrapać. W pensjonacie, w którym nocujemy (miejscowość u podnóża trasy przy podjeździe od strony północnej to Cârtisoara) wszyscy mówią tylko o Trasie i są tam tylko dla niej. Ewentualnie dla niej i jej o około 100 m wyżej położonej siostry – Transalpiny. Jedyni „sakwiarze”, których spotykamy w Transylwanii są właśnie tutaj, choć i tak w znikomej ilości w porównaniu do posiadaczy motorów. Endomondo pokazuje dziś 62 km. 

dzięń 5. Trasa Transfogaraska – północny, czyli bardziej pokręcony odcinek

dzień 6. Ostatni dzień w siodełku, czyli powrót do Sighișoary na trasie Cârtisoara-Cârța-Agnita-Apold-Sighișoara

Patrząc na czas, bo jak pewnie pamiętacie trzeba zdążyć na kurs (no i na piątkową imprezę służbową też;p) decydujemy się na przejazd prosto do Sighișoary, żeby rumuński Kraków, czyli miasto Sibiu (Sybin) zobaczyć docierając tam już samochodem. Odcinek liczący sobie według Endomondo 83 km jest bardzo malowniczy i wiedzie mało uczęszczanymi, bocznymi dróżkami. Według gospodarza naszego pensjonatu pod Transfogaraską, można na tej trasie spotkać wielu przedstawicieli lokalnej fauny. Poza licznymi, jak w całej Transylwanii „bociusiami”, widzimy też trochę ptactwa drapieżnego. 

dzień 6. Cârtisoara-Cârța-Agnita-Apold-Sighișoara

Rumuńskie drogi dla amatorów dwóch kółek

„Czerowone drogi” to główne drogi krajowe. Nazywam je tak od koloru linii na mojej mapie. Bynajmniej nie z powodu ich niebezpieczeństwa, choć w istocie są niebezpieczne zarówno dla samochodów, jak i rowerów. Wyrazem tego jest ogromna wprost ilość przydrożnych krzyży, zdjęć, zniczy upamiętniających ofiary wypadków drogowych. Autostrady w Rumunii są intensywnie budowane, nadal jednak na wielu odcinkach cały ciężki transport międzynarodowy odbywa się właśnie tymi „czerwonymi drogami”. Kierowcy specjalizują się w wyprzedzaniu „na trzeciego” oraz używaniu nadmiernie głośnych klaksonów, podnosząc każdorazowo strudzonego rowerzystę ze strachu z siodełka. Moja recepta: unikać! Jak się nie da, to na szczęście wszystkie te drogi posiadają pobocza, co czyni taką jazdę względnie możliwą. Gęsta siatka bocznych dróg i dróżek w Transylwanii umożliwia wspaniałe eksplorowanie tego rejonu na dwóch kółkach. Jest górzyście! Tym bardziej, im dalej w kierunku południowym. Tras rowerowych nie uświadczymy poza dużymi miastami takimi jak Sighișoara czy Brașov. Jazda rowerem z sakwami w Transylwanii nie jest popularna. „Sakwiarzy” spotkałyśmy jedynie na Transfogaraskiej. Rower to rumuński środek transportu między jednym a drugim końcem wsi. Nie dalej. Jazda rowerem jako forma rekreacji nie jest popularna.

Typowa rumuńska wioska

Moja uważna obserwacja pozwala mi wyróżnić charakterystyczne elementy typowej wioski w Transylwanii:

  • bocianie gniazdo z minimum jednym bocianem w środku, częściej całą rodziną;
  • kościół warowny;
  • turkusowy dom!; czy szczególne upodobanie do tego koloru czy też obniżona cena turkusowej farby na rumuńskim rynku?;
  • „ławkowicze”- tacy co siedzą, patrzą, dumają, mają czas; „lokalny monitoring”; wiejska wersja „panienki z okienka”;
  • powiewająca dumnie flaga rumuńska na przynajmniej jednym z domów, nierzadko w towarzystwie flagi Unii Europejskiej;
  • przynajmniej jeden pies, który chce mnie zjeść i goni mój napędzany strachem rower aż do utraty tchu… lub granic wioski.

Transylwańskie „must see”

  • Sighișoara
  • Viscri
  • Rupea
  • Bran
  • Râșnov
  • Brașov
  • Trasa Transfogaraska
  • Sibiu

Powyjazdowa inspiracja

Rumunia mnie urzekła, oczarowała, zachwyciła. Będę tam wracać! Nie tylko z rowerem. Przede mną Transalpina i południowa część trasy Transfogaraskiej, a poza Transylwanią: Bukareszt, rumuńskie wybrzeże, Bukowina i Maramuresz. Ale inspiracja wyniesiona z tego wyjazdu to góry – trawers grani Fogaraszy. A jak już deklaruję to zrealizować muszę! No a potem Wam o tym coś opowiem. Pozostajemy w kontakcie:)

Tags from the story
Written By
More from Anna Sułek

Wszystkich Świętych w Meksyku

Día de muertos, czyli meksykańskie Wszystkich Świętych. W Meksyku obchody tego święta...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *