Viscri – transylwańska perełka – rumuńskie Shangri-La

Print Friendly, PDF & Email

Viscri to absolutna perełka mojej wyprawy „Szlakiem bocianich gniazd, czyli rowerem po Transylwanii”. O tej przygodzie, w jej rowerowym wymiarze, wspominałam już tutaj. W przywołanym wpisie umieściłam Viscri na mojej liście Transylwańskich „must see”. O istnieniu tej wioseczki dowiedziałam się dopiero w Rumunii, podczas wykreślania rowerowej pętli na mapie, już pierwszego dnia w Sighișoarze. Uzupełniając wiedzę (dotychczasowa ograniczała się do stwierdzenia dogodnego położenia Viscri na mapie w odniesieniu do mojej wykreślonej palcem pętli) o zasoby internetu, dowiedziałam się, że muszę tam być bez dwóch zdań. Autorzy internetowych relacji z Viscri gremialnie oświadczali w sieci, że na punkcie wioseczki zwariowali totalnie. 

Dojazd do Viscri

Rowerową przygodę z Rumunią rozpoczęłyśmy w Sighișoarze, a trasa Sighișoara-Saschiz-Bunești-Viscri stanowiła pierwszy etap wyprawy. Rowerowa ścieżka w Sighișoarze oraz „czerwona krajówka” na odcinku Sighișoara-Bunești z perspektywy rowerzysty nie jawiły się szczególnie zachęcająco. Przejazd spokojną, wytyczoną na kompletnym bezludziu (prócz jednej romskiej wioski), zieloną trasą z Bunești do Viscri, gwarantował już zupełnie inne doznania. Klaksony samochodów dostawczych zostały zastąpione śpiewami ptaków, opary spalin i tumany kurzu wyparte przez zapachy łąk, a oczy zamiast asfaltu i betonu syciła bezkresna, soczysta zieleń. Zrobiło się sielankowo i swojsko.

A potem była Viscri, do której po prostu nie mogła prowadzić inna, aniżeli opisana droga.

Droga do Viscri, którą przemierzyłyśmy rowerami, jest zarazem główną drogą dojazdową do tej wioski. Poświadcza to fakt, że znajdujemy się niejako in the middle of nowhere. Jak oaza na pustyni zupełnie niespodziewanie wynurza się zza zielonych pagórków to rumuńskie Shangri-La. Dla szukających końca świata wioska powinna stanowić jedno z godnych przebadania miejsc na Ziemi. I chyba dlatego od razu oczarowało mnie to miejsce. Podobnie urzec musiało także księcia Karola, który w 2006 roku stał się właścicielem jednej z tutejszych posesji. 

Sielankowa droga do Viscri

Wjazd do wioski
Nawierzchnia dróg sprzyja niespiesznej atmosferze panującej w wiosce
Główna arteria Viscri
Gęsiareczka

Podróż w czasie

Konia z rzędem temu, kto wróci z Transylwanii nie usłyszawszy ani razu o siedmiogrodzkich Sasach. To właśnie z powodu ich wieloletniej obecności na tych ziemiach, przebywając tu, możemy nierzadko zapomnieć, że wybraliśmy się w podróż po Rumunii, a nie Niemczech czy Austrii. 

Kim byli, skąd się tu wzięli i czy obecnie w Transylwanii mieszkają jeszcze Sasi? Powędrujmy teraz trochę w czasie.

Siedmiogrodzcy Sasi (Siebenbürger Sachsen) to koloniści niemieccy sprowadzeni do Transylwanii za czasów, gdy władali nią Węgrzy. Plemiona Madziarów opanowały te ziemie w 896 roku czyniąc z Transylwanii wschodni kraniec swego imperium. Celem osiedlenia niezamieszkałych ziem, a tym samym zwiększenia bezpieczeństwa granic, węgierski władca Gejza II zaprosił w 1143 roku Sasów na południe Siedmiogrodu. Osiedlił ich na ziemiach o szczególnym znaczeniu dla obronności królestwa, niezasiedlonych jeszcze przez Szeklerów i Węgrów. Pochodzili oni głównie ze środkowej Frankonii (mozelskiej) i ziem na lewym brzegu Renu i Mozeli (Kolonia, Akwizgran, Trewir, Luksemburg), ale także z Westfalii, Hesji, Bawarii i Turyngii. Ostatni przybysze pochodzili z Saksonii, stąd wszystkich niemieckich osadników nazywano Sasami.

W zamian za opuszczenie dotychczasowych domów w cywilizowanym, lecz feudalnym świecie i podjęcie dalekiej wędrówki w nieznane, Gejza II oferował im status królewskich poddanych, zwolnienie od służby wojskowej, podatków oraz przywileje handlowe. W czasach gdy wolność stanowiła dobro luksusowe była to kusząca oferta, stąd też spotkała się z tak przychylną reakcją przyszłych kolonistów.

Za sprawą przybycia Sasów Siedmiogród bardzo szybko stał się jedną z najbogatszych ziem królestwa, a oni sami lokalną elitą. Kluczowym, dla bytności Sasów w Transylwanii, momentem było nadanie im w 1224 roku przez Andrzeja II w dokumencie zwanym Privilegium Andreanum, terytorialnej, politycznej i religijnej autonomii. Od tej chwili Sasi stanowili trzecią, obok Węgrów i Szeklerów, uprzywilejowaną w Siedmiogrodzie  „nację”. Wraz z szerokim wachlarzem umiejętności rzemieślniczych, przywieźli ze sobą także zapisane w kodzie genetycznym umiłowanie do Ordnungu. Zestaw ten odcisnął trwałe piętno na architekturze regionu. Budowali tak, jakby chcieli żyć w Siedmiogrodzie wiecznie. By tak się stało, musieli budować w stylu obronnym. Groziły im najazdy Mongołów, Turków, Tatarów. Stąd stanowiące unikat w skali Europy kościoły warowne – centra saskich wspólnot. Także domostwa ściśle przylegające do siebie, od tyłu zamknięte stodołą, a z przodu chronione solidną bramą, miały przyczynić się do poczucia bezpieczeństwa Sasów w nowym domu. Umiłowanie do Ordnungu  i fach w saskich rękach przejawia się w kamiennych nagrobkach cmentarnych i solidnych krytych dachówką domach. 

Dziś pozostało po nich ponad 100 warownych kościołów, w których nie ma dla kogo odprawiać mszy. Co spowodowało, że tak ochoczo witani na tych ziemiach goście, zabawiwszy 850 lat, nie zostali na zawsze?

Gdy w 1918 roku włączono cały Siedmiogród do Rumunii, żyło tu 300 tyś. Sasów. Dla porównania społeczność węgierska liczyła sobie 1.5 mln mieszkańców. Charakterystyczne dla Sasów jest dbanie o swoją tożsamość, zachowywanie odrębności, nieuleganie asymilacji. Podobni są w tym do diaspor żydowskich, a także Chińczyków budujących swoje Chinatown gdziekolwiek się znajdą. Tak i w tym przypadku, Sasi oparli się zarówno madziaryzacji jak i rumunizacji zachowując w pełni swoje obyczaje i tradycje.

Społeczność saska w Rumunii skutecznie malała od tego czasu, a szczególne spadki jej liczebności wiążą się z poniższymi zdarzeniami.

  • 1942 rok – układ Niemiec z Rumunią i Węgrami o wcielaniu Sasów siedmiogrodzkich do armii niemieckiej 
  • styczeń 1945 roku – deportacja do ZSRR

Transylwańskich Sasów ominęły wprawdzie powojenne wysiedlenia na zachód, jednak 75 tyś. osób – mężczyzn w wieku 17-45 lat oraz kobiety w wieku 18-30 lat deportowano do ZSRR. Jedna trzecia nie przeżyła tej zsyłki. Pozostałych władze Rumunii pozbawiły majątków. W latach 50. zwrócono im wprawdzie domy, ale na swoich ziemiach mogli zakładać jedynie spółdzielnie rolnicze. Od lat 60. pozostali Sasi cieszyli się w Rumunii dużo większymi swobodami aniżeli ich pobratymcy w Polsce, Czechosłowacji czy na Węgrzech. Funkcjonowało szkolnictwo, duszpasterstwo, wydawana była niemieckojęzyczna literatura, swobodnie używano języka niemieckiego w przestrzeni publicznej.

  • „Łączenie rodzin” czyli skup dewiz dla reżimu komunistycznego Ceaușescu

Na początku lat 60. niezesłanych na Syberię Sasów wystawił Ceaușescu niejako na handel. Miał on na celu wzbogacenie reżimu komunistycznego o dewizy. Zezwalano na wyjazd niemieckojęzycznego obywatela do RFN w zamian za opłatę rządu niemieckiego w wysokości 5 tyś. marek do 1978, a następnie 7-8 tyś. marek. W ten sposób do końca lat 60. Niemcy „odkupowali” 3,5 tyś. repatriantów rocznie, a w latach 70. już dwukrotnie więcej.

  • Masowy exodus po upadku Ceaușescu w latach 1990-1991

W 1989 roku mieszkało w Rumunii już tylko 100 tyś. Sasów, ale szansę na wyjazd do Niemiec po obaleniu dyktatora wykorzystali prawie wszyscy. Decyzję o wyjeździe podejmowali szybko w obawie przed rychłym ponownym zamknięciem granic. Pomagała im w jej podjęciu pamięć o niezrealizowanym planie dyktatora z 1988 roku, zgodnie z którym w ramach wizji systematyzacji wsi, 13 tyś. saskich wiosek miało zostać zrównanych z ziemią. 

I tak po 850 latach ruszyli Sasi w drogę do nowego-starego domu. Zostali tylko nieliczni, którzy dzisiaj sami w sobie stanowią atrakcję turystyczną tych ziem. Starają się zachować pamięć o czasach świetności Sasów na ziemiach Siedmiogrodu. Pielęgnują zarówno wspomnienia, jak i materialne świadectwa w postaci kościołów, nagrobków, a także strojów. Dumnie dzierżą klucze do bram warownych kościołów.

Nierzadko sascy duchowni odprawiają jeszcze w nich msze. Odprawiają je Bogu, sobie a muzom, albo po prostu co by tradycji stało się zadość. Koniec końców Ordnung muss sein!

Odwiedzając Viscri możemy powędrować w czasie i poznać życie siedmiogrodzkich Sasów w Rumunii.

Viscri – jeszcze żywy organizm czy już skansen?

Cała wioska wraz z kościołem warownym znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z pewnością nie pomaga to w zachowaniu naturalności tego miejsca poprzez przyciąganie tu rzeszy turystów włączających Viscri do planu wyprawy na podstawie takiego wpisu. Nie kpię, bowiem sama zawsze weryfikuję przygotowany plan wyprawy z listą obiektów, którym UNESCO patronuje w danym kraju.

Ale UNESCO, a także opiekująca się wioską brytyjska fundacja Mihai Eminescu Trust (MET), to zarazem gwarancja przywrócenia charakteru wioski z czasów jej świetności poprzez wspieranie niezbędnych prac konserwatorskich a także dbałość o niematerialne dziedzictwo Sasów siedmiogrodzkich. Naturalność bowiem i tak odeszła bezpowrotnie wraz z rdzennymi mieszkańcami Viscri, a tym którzy tu pozostali, byt gwarantuje głównie turystyka.

Według danych z 2003 roku obecnie żyje w Viscri 34 Sasów. To sporo w porównaniu z innymi transylwańskimi wioskami o saskim rodowodzie, w których nie ma już często żadnego lub pozostał tylko ostatni Sas. Resztę mieszkańców stanowią w Viscri Romowie. 

Nazwa Viscri pochodzi od łacińskiego Alba Ecclesia, węgierskiego Fehéregyháza i niemieckiego Weißkirch i oznacza Biały Kościół. A zatem wioska wzięła swoją nazwę od jej najważniejszego zabytku – białego warownego kościoła. Wstępując w jego mury można bliżej poznać historię i zwyczaje dawnych mieszkańców wioski. Znajduje się tu minimuzeum ze strojami, meblami i sprzętami z saskich czasów. Budowa kościoła została zapoczątkowana przez zasiedlających początkowo te ziemie Szeklerów, natomiast przybyli tu po nich Sasi dokonali jego rozbudowy i nadali budowli jej ostateczny, warowny charakter. 

Kościół w Viscri
Wnętrze kościoła
Kościół w Viscri ma charakter warowny

Skansen nie skansen, ale zwalniający czas da się tu odczuć naprawdę. Długi wieczór u gospodyni pod numerem 44, gdzie spędzamy noc, skłania mnie do niespiesznych rozważań. Tak bardzo brakuje mi tego w codziennym krakowskim życiu. Z powodu kiepskiej nawierzchni dróg nawet nieliczne samochody zmuszone są tutaj zwolnić.

Najszybsze są bociany. Ich niczym nieskrępowany podniebny taniec nad domami krytymi solidną dachówką idealnie oddaje sens odwiecznego saskiego snu o wolności. 

Brama do gospodarstwa pod numerem 44, gdzie zatrzymałyśmy się podczas pobytu w Viscri

Źródła:

Tags from the story
Written By
More from Anna Sułek

Szlakiem bocianich gniazd, czyli rowerem po Transylwanii

Moje tegoroczne moce urlopowe zostały znacząco uszczuplone przez prawie roczny kurs, w...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *